Czytasie

Wiedzieć więcej, wiedzieć jak

To będzie w części bardzo osobisty post. Pretekstem do jego napisania stały się dwie niewielkie książki Jespera Juula duńskiego pedagoga i rodzinnego terapeuty o światowej renomie, którego rozumienie świata dzieci, rodziców, szkoły jest naznaczone wg mnie jakąś pierwotną wiedzą, o której my sami zapomnieliśmy. Mam wrażenie, że obie książeczki zawierają tezy zupełnie obce polskiemu systemowi powszechnej edukacji, a nawet rewolucyjne. Myślę tu o szkołach państwowych, które realizują sztywny program w przepełnionych klasach, z ich całą biurokratyczną machiną towarzyszącą procesowi uczenia i wychowania dzieci, z częstymi nieprzemyślanymi reformami, bezwolne w swoim uzależnieniu od pomysłów kolejnych ministrów, karty nauczyciela, ZNP, itp.

„Napiętą atmosferę wokół szkoły mogłaby uleczyć rezygnacja z reliktu przeszłości, jakim jest obowiązek szkolny i zastąpieniem go prawem do nauki”. „Im bardziej człowiek czuje się do czegoś zmuszony, tym większy będzie stawiał opór. Jednak urzędnicy w ministerstwach uważają chyba, że dzieci powinno się uczyć dokładnie tak samo jak sto lat temu, żeby były później posłusznymi pracownikami i obywatelami. Problem w tym, że dzisiaj potrzebujemy ludzi kreatywnych, krytycznych i odpowiedzialnych za siebie, a nie posłusznych wykonawców rozkazów.”

Artykuły tego autora czasem pojawiają się w prasie, na blogach parentingowych i są przedmiotem komentarzy nauczycieli, edukatorów, psychologów, pedagogów i rodziców uczniów polskiej szkoły. Mam jednak wrażenie, mimo licznych zachwytów, że przez dużą grupę osób związanych z edukacją zwłaszcza systemową, traktowane jako edukacyjne science fiction. Nikt nie wierzy w ich realną możliwość wcielenia w życie. A Juul o szkole, jako instytucji pisze:

Szkoła powinna być miejscem profesjonalnie wykonywanej pracy, a obecnie jest to raczej instytucja biurokratyczna i, jak każda instytucja biurokratyczna lubi przyjmować postawę obronną. To źle dla nauczycieli, rodziców i uczniów, ponieważ zamiast rozwiązywać realne problemy, pracuje się nad spełnianiem określonych procedur i wymogów urzędowych.” Chce dopieszczać nauczycieli jak to tylko możliwe twierdząc, że kiedy im będzie dobrze, to i dzieciom w takiej szkole będzie dobrze. Nie wiem co musiało by się stać, by rewolucja w systemach nauczania poszła w stronę którą proponuje Jesper Juul. By morze zakazów, nakazów i kar, skupianie się na błędach, wytykanie niedoskonałości, przycinanie wystających ponad miarę, zamienić się mogło w promowanie talentów, wydobywanie naturalnych predyspozycji, wzmacniane pozytywnych zachowań, podążanie za dzieckiem i jego pędem do nauki, podtrzymywanie wiary w siebie i wzmacnianie dziecięcego poczucia własnej wartości. Żeby szkoła stała się instytucją przyjazną nie tylko dla dzieci, które świetnie wpisują się w szkolny system, nie wychylają, się, nie wystają, grzecznie stawiają krzyżyki w odpowiednich kratkach na teście, używają wybranych słów kluczowych, mówią dzień dobry i ustępują nauczycielowi z drogi, ale i takich niepokornych, z trudnościami, z bagażem doświadczeń, które odbierają im dzieciństwo, nieprzystosowanych, trudnych, albo po prostu nieśmiałych, nadwrażliwych z trudnościami adaptacyjnymi i całej reszty niewymienionych tu odmieńców.

Kraje skandynawskie przodują w rozwoju szkolnictwa wykorzystującego naturalny potencjał dziecka, choć i one nie są bez wad. Jednak umiejętność krytycznego spojrzenia na siebie, swoje błędy, rozpoznanie problemu i zastosowanie odpowiednich rozwiązań bez udziału histerycznej reakcji polityków pokazują, przepaść jaka jest między nami.

Nie jestem nauczycielem. Wypowiadam się tu jako ja i rodzic. I tylko z poziomu osobistych doświadczeń i obserwacji mogę dać wyraz swoim emocjom. I nie są to emocje zbyt pozytywne. Naprawdę na palcach jednej ręki mogę policzyć sytuacje (mówię teraz o sobie), gdzie dostałam w szkole wsparcie zamiast wiecznej kontroli, oceniania, porównania, sprowadzania do parteru, pokazywania mi gdzie jest moje miejsce w szeregu, a chcę podkreślić, że byłam dzieckiem przeciętnym, cichym, niewyróżniającym się, posłusznym, niemal idealnie skrojonym na potrzeby szkoły. W mojej edukacyjnej karierze nie było przynajmniej do czasów studiów żadnych ponadprzeciętnych wzlotów, ani upadków, choć jedno zdanie rzucone z pogardą w mojej obecności, a skierowane do mojej matki, która przyszła zapytać się o ewentualne szanse na kontynuację nauki po szkole podstawowej (to był ośmioklasowy system i do liceów obowiązywały egzaminy), poważnie zaważyło na mojej przyszłości, a w bonusie starło z powierzchni ziemi na długie lata moje kruche poczucie własnej wartości. Jedno zdanie – Ona (że niby ja), jest za głupia, żeby zdawać do jakiegokolwiek liceum. I leczyłam się z tego zdania wiele lat i nie wiem czy odniosłam sukces, niestety. Choć teraz, starsza o lat kilkadziesiąt wiem, że wszystko się dzieje po coś, że musiałam się czegoś nauczyć, czegoś doświadczyć, kogoś spotkać na drodze, to jednak to zdanie na co dzień uśpione, wraca w tych zdumieniach, że jednak coś potrafię.

Szkoła niestety jawi mi się jako miejsce opresyjne i mimo często karkołomnych zmian skostniałe i zaskorupiałe w swojej strukturze. Patrząc po szkołach własnych dzieci wydaje mi się, że oprócz zmiany schematu, (który za chwilę ma wrócić do stanu sprzed 20 lat), niezbyt wiele się zmieniło. Choć moje dzieci miały szczęście trafić na kilku naprawdę świetnych nauczycieli, to jednak ich liczba nie jest imponująca. Wszystko jest świetnie, jeśli dziecko dobrze się uczy i nie stwarza problemów. Pod górkę zaczyna być wtedy, gdy nie nadąża za grupą. Pomoc? Jedna godzina w tygodniu. Pomoc poradni pedagogicznej? Brak. Sprzeczne opinie, wniosek o dysleksji jako papier, podkładka dla ucznia. Na pytanie co robić? Wzruszenie ramion. Szczęśliwie ten etap już za nami. Po dzieciach zarówno swoich, jak i znajomych widziałam, jak  szkoła skutecznie zabija w nich chęć nauki. Jak to, co może być przygodą staje się katorgą i powodem bólów brzucha. Po swoim dziecku z dysleksją widzę, jak szkoła, która wspiera mocne strony może sprawić, że taka osoba dostaje skrzydeł.

Mam pretensje do szkoły, że zabiera rodzinom czas na bycie ze sobą. Nie wyobrażam sobie, żebym ja po 8 godzinach w pracy, prawie drugie tyle spędzała w domu nad tą samą pracą. Owszem, pracuję wieczorami, ale robię to z czystej przyjemności. Nad rzeczami, które mnie interesują. Ile razy szkoła wpływała na mój sposób spędzania weekendów, nie liczę. Dajcie tym dzieciom odetchnąć! Dajcie poczuć, że są dziećmi! Dajcie się ponudzić w przerwie świątecznej! Idea niezadawania pracy domowej jest mi bliska i wydaje się zupełnie racjonalna, a argumenty przeciw, wyraźnie świadczą, o przeładowanym programie.

Moja edukacja szła dość krętą ścieżką i na początkowym etapie bardzo potrzebowałam pomocnej dłoni i życzliwego wsparcia, którego nie było. Dopiero na studiach, przekonałam się, że uczenie się może być fajne. Niezłym zaskoczeniem była dla mnie ocena mojego magisterium, z propozycją zostania na uczelni. Jednak tak naprawdę dopiero teraz uwielbiam się uczyć nowych rzeczy, poznawać, doświadczać, dotykać próbować. Teraz, gdy nikt mnie nie ocenia, nie traktuje jak niespełna rozumu, jak małpy, którą trzeba dopasować do reszty. Naprawdę. Próbuję pokazać moim dzieciom, jak fascynujące może być poznawanie nieznanego, ale szkolny mur skutecznie chroni je przed słowem „nauka”. (Dobitnie pokazała mi to kiedyś moja młodsza córka, gdy oznajmiła – Są wakacje! Ja w wakacje się nie uczę! – na propozycję pokazania jej na żywo, czym jest fresk na ścianie jakiegoś średniowiecznego kościoła :-)) Więc wykreśliłam je ze słownika. Synonimy są równie dobre, i nie niosą za sobą tak negatywnej wibracji. Zwiedzamy więc, patrzymy, szukamy. Czasem na siłę zabieram młodzież na wystawy i przedstawienia, z nadzieją, że to co zobaczone, już się nie odzobaczy 😉

Z obydwu prezentowanych tu książek wiele zdań dotyczących bycia rodzicem, budowania relacji, utkwiło w mojej głowie, dało do myślenia, zachwiało przekonaniami. Wiele z nich stało się przyczynkiem do przyjrzenia się sobie samej. Nie po to, żeby się biczować, ile to ja błędów popełniłam, ale po to, by móc zmienić to co można zmienić i zabliźnić to czego zmienić się już nie da. Nie raz i nie dwa przechodził mnie dreszcz, bo to co autor ujął w swojej wypowiedzi, bardzo mocno rezonowało z moim ciałem gdzieś na podświadomym poziomie. Co proponuje „Zamiast wychowania” pan Juul? Nawiązanie relacji z dzieckiem. Relacji opartej na szacunku, na wdzięczności, na udziale dziecka w odpowiedzialności za swoje życie. To trudne oddać dziecku odpowiedzialność za to, co robi. To przecież my, dorośli wiemy lepiej. My wiemy co jest dobre. Dla mnie też nie jest to łatwe. Trenuję na małych sprawach, by przejść do większych.

Jesper Juul twierdzi, że na przestrzeni kilkudziesięciu lat zmieniły się przede wszystkim dzieci, które z zalęknionych, patrzących w podłogę, czujących respekt przed nauczycielem stały się odważne, otwarte, głodne i „nie chcą grać roli uczniów. Chcą być traktowani jako „pełnowartościowi” ludzie””, a szkoła, jako instytucja konserwatywna, spóźniona mniej więcej o jedno pokolenie w stosunku do reszty społeczeństwa nie nadąża za zmianami. Marzy mi się szkoła bez stresu, w której dzieci lubią się uczyć, lubią przebywać, która wspiera, traktuje swoich uczniów nie jak pionki, które można dowolnie przestawiać, robociki, które można zaprogramować na posłuszeństwo lub kasę którą można wydoić, problem do rozwiązania, albo gorący kartofel, czy zgniłe jajo, którym nikt nie chce się zająć, ale taka do której chce się wracać za każdym razem, gdy dzwoni budzik o 7 rano, lub gdy o niej wspominamy po 20 latach.

Jeszcze jeden cytat: „Żaden pracownik działu handlowego w koncernie samochodowym nie odważyłby się określić swojej klienteli jako „trudnej” lub „niedostępnej”, tylko dlatego, że nie zadowalają go wyniki sprzedaży. Dlatego uważam, że pedagodzy, psychologowie i inni specjaliści, którzy tak określają młodzież, do której skierowane są ich usługi, powinni poszukać sobie innej pracy.

Cytaty pochodzą z „Kryzys szkoły” Jespera Juula.

Kryzys szkoły: co możemy zrobić dla uczniów, nauczycieli i rodziców? / Jespr Juul ; współpraca Knut Kruger. –  Podkowa Leśna: Wydawnictwo MiND, cop. 2014.

Zamiast wychowania: o sile relacji z dzieckiem. – Podkowa Leśna: Wydawnictwo MiND, cop. 2016.

Wywiad z Jesperem Juulem dla Dzieci są WażneTutaj

Familylab.pl – międzynarodowa organizacja założona przez Jespera Juula

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *