Czytasie

W szarości

Nagroda Paszportów Polityki dla Natalii Fiedorczuk zdziwiła mnie i nie zdziwiła zarazem. Jej książka o nietypowym tytule „Jak pokochać centra handlowe” jest kompilacyjną diagnozą macierzyństwa i depresji w naszym „przyjaznym” matkom kraju. Kompilacyjną, bo nie są to jednostkowe przeżycia autorki, ale zbiorowy portret stworzony na podstawie rozmów z kilkudziesięciu kobietami, które przełamały pewne tabu i zaczęły głośno mówić o depresji. O depresji w ciąży. O nieradzeniu sobie i presji z tym związanej, o doświadczeniach granicznych, bólu, wściekłości, samotności, izolacji, itp. Temat bardzo nośny i na czasie, więc nagroda jak najbardziej zasłużona. Forma tego tekstu jest gdzieś pomiędzy pamiętnikiem, a reportażem. I każda kobieta, która doświadczyła jednego, drugiego, bądź obydwu tych stanów na raz na pewno odnajdzie się w tych opisach zastanej rzeczywistości. Zresztą nie trzeba wcale mieć zdiagnozowanej depresji, by się odnaleźć w tekście Fiedorczuk. Pojawiające się trudne uczucia w relacji z własnym dzieckiem, typu zniecierpliwienie, chęć ucieczki, agresja słowna lub fizyczna, które czasem spadają jak grom z jasnego nieba i stają się albo osią poczucia winy, albo samonakręcającą się i w końcu eksplodującą sprężyną są dane większości z nas, o ile nie wszystkim. Młode matki wychowane na wygładzonym reklamowym przekazie idealnego macierzyństwa, spięte klamrą oczekiwań społecznych i wymagań stawianych matkom, zagonione do kąta nieważności, bo na pierwszym miejscu stawia się dobro dziecka znajdą w książce inny wymiar obcowania z dzieckiem, z partnerem, ze światem. Nie lepszy, nie gorszy. Inny. Może bardziej ludzki. Przyziemny. Znośny.

„Czuję, jak w moich żyłach płynie kawa i brunatny strumień potu i łoju, pracy mojej matki, mojej babki i prababki – gorzka żółć, stary tłuszcz z setek nasmażonych kotletów i zrazików. Zachrypnięty głos moich palących przodkiń, który słyszę w głowie, pcha mnie na granice fizycznej wytrzymałości.”

Fiedorczuk w swojej książce samą siebie, a raczej swoje alter ego poddaje dociekliwej obserwacji. Staje się kobietą, która wnikliwie obserwuje siebie jako zjawisko. Jako obiekt, któremu powiększa się brzuch, a zmniejsza tolerancja na rzeczywistość, który szuka ucieczki od własnego potomstwa w absurdalne poczucie wolności podczas zakupów na bazarku, który szuka schronienia i kontaktu z ludźmi w centrach handlowych, dokumentuje swoje życie tak, by sprawiało wrażenie idealnego, w sprzątaniu upatruje poczucia kontroli nad własnym życiem, który obserwuje zmieniające się ciało i własne reakcje na szereg wydarzeń. Wyśrubowane wymagania, jakie stawia przed matkami, przed kobietami społeczeństwo, media, rodzina sprawiają, że ona sama zaczyna znikać. Zaczyna być jedynie inkubatorem z funkcją – kobieta, menadżerem obsługującym laktator, przytulator, spacerator, a potem także odkurzacz, kuchenkę, ścierkę i inne bardziej lub mniej znane sprzęty. Doskoczenie do tych wymagań jest szaleństwem współczesności. Utrzymanie się na wysokich obrotach niemożliwością. Spadanie z nich jest bolesne tym bardziej, że za plecami słychać chichot internetowych matek idealnych. Przyznanie się do porażki, do niemocy jest punktem wyjścia z depresji, ale w świecie modelowej rodziny, niepłaczących dzieci, nigdy nie głodnych, nie zakłócających swoją obecnością spokoju innych członków społeczeństwa nie ma prostych rozwiązań i wyciągniętych dłoni.

Czemu więc moje zdziwienie? Gdy Sylwia Kubryńska pisała swoją „Kobietę dość doskonałą„, (o powszechnym wkurzeniu kobiet na bezsensowne wtłaczanie ich w jakieś kłamliwe ramki dobrych matek, żon, kochanek, pracownic, itp.) to wśród zachwytów widziałam też wiele, bardzo wiele głosów krytyki, które wmawiały kobietom, że przesadzają, że robią z igły widły. Same kobiety pluły na siebie jadem, jak to im dobrze w tym niestrawnym sosie kobiecości z kolorowych pisemek i Instagramów. W „Jak pokochać centa handlowe” zastosowany został podobny przekaz. Fiedorczuk skupiła się jednak na jednym wycinku kobiecości. Na macierzyństwie. I nie widzę zbyt wielu głosów krytycznych. Jakby Kubryńska wzięła na siebie to pierwsze odium niezadowolenia kobiet idealnych, które nie są w stanie spojrzeć szerzej niż tylko na czubek własnego nosa. Moje zdziwienie nie wynika z również z tego, że że zarówno temat, jak i forma bardzo przypominają artykuły z czasopism typu Twój Styl, czy Wysokie Obcasy. I choć mają one swoją rangę, to jednak w powszechnym odbiorze zawsze były traktowane jako kobiece, co jest synonimem „gorsze”.  I zaskoczeniem jest raczej to, że nie tylko przedostały się one na salony, ale i zdobywają nagrody.

Tym niemniej gratuluję autorce, bo nagroda dla niej jest światełkiem w tunelu, pokazującym, że po raz kolejny drgnęło coś w kwestii kobiet. Że zyskujemy świadomość bycia na tym świecie, a nie tylko spełniania czyichś wymagań.

Tu kupisz Jak pokochać centra handlowe i za chwilę możesz cieszyć się lekturą 🙂

Jak pokochać centra handlowe / Natalia Fiedorczuk. – Warszawa: Wielka Litera, 2016.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *