Czytasie

Trudno

Pod urokiem autorki, jej książki o pisaniu Piszę, bo chcę… i warsztatów dotyczących pozbywania się obaw przed… pisaniem, odpowiedziałam na facebookowe ogłoszenie poszukujące blogerów do zrecenzowania książki Krzysi Bezubik.  Zadanie trudne. Trudne zarówno dla mnie (z racji własnych przekonań o nie recenzowaniu na zlecenie), niecodziennej książki, jak i samej autorki. Wyobrażam sobie, jak szalenie trudno wystawić się na ocenę swego pisarstwa, gdy samemu uczy się ludzi sztuki pisania tekstów. Krzysia Bezubik, podjęła wyzwanie rzucając swój Raj na kredyt na żer blogerom i blogerkom literackim. Wydana własnym sumptem książka miała świetnie przemyślaną, zaplanowaną i wykonaną akcję promocyjną. Naprawdę byłam pod wrażeniem obserwując i ucząc się jednocześnie jakie narzędzia można wykorzystać, by dotrzeć do ludzi ze swoją twórczością.

Uprzedzona, że Raj na kredyt jest prozą poetycką, zastanowiło mnie, czym ona w ogóle jest? Ktoś jeszcze pisze takie utwory? W dobie płodnego Eugeniusza Mroza, czy Katarzyny Bondy wyrzucających swoje nowe przepełnione akcją książki z siłą naboi wystrzeliwanych z karabinu, proza poetycka wydaje się gatunkiem wymarłym. Jak tyranozaury. Jak cała plejada świetnych gruboskórnych i wielkich, ale wyjątkowo mało odpornych na wymieranie gadów. Przesłany fragment książki był w pierwszym spojrzeniu kobiecą literaturą, może odrobinę oniryczną, senną, jakby zamyśloną.

Wymiana wiadomości z autorką, że nie będzie to recenzja na zamówienie, pełna ochów i achów została przyjęta z akceptacją. Kiedyś już wspominałam, że nie lubię pisać negatywnych recenzji. Jak książka mi się nie podoba, to po prostu o niej milczę. Jak podoba mi się średnio, ale mam o niej coś do powiedzenia, to piszę. Wierzę, że każda książka znajdzie swojego czytelnika, podobnie jak to jest z amatorami różnych potwór. Miałam więc trochę obaw o to, co będzie, jeśli książka nie przypadnie mi zupełnie do gustu? Milczeć się nie da, zobowiązanie jest zobowiązaniem… Szczęśliwie obyło się bez tej dramatycznej walki z samą sobą 😉

Raj na kredyt mimo tytułu sugerującego perypetie mieszkaniowe, okazał się drogą do realizacji własnych marzeń. Dla każdego co innego jest rajem. U Krzysi Bezubik eden objawił się jako wymarzony doktorat. Jednak proza poetycka rządzi się swoimi prawami i zamiast perypetii ze zdobyciem tego stopnia naukowego, akcji i reakcji, autorka zanurzyła nas w świat w głowie bohaterki całego zamieszania. A jest to głowa pełna tęsknot, snów, mrzonek, ale też zwątpień, lęków, jakby każde zetknięcie z rzeczywistością wprawiało ją w rezonans, powodując odbijające się fale.

Nie powiem, że przekonało mnie połączenie poetyckiej, uduchowionej, nieco górnolotnej formy z tematem przewodnim, czyli drogą do zdobycia doktoratu. On wyznacza oś w książce. Jest u szczytu schodów, po których wspina się bohaterka. Motyw schodów też zresztą przewija się jako pokonywanie własnych słabości i zewnętrznych przeciwności losu, choćby w postaci nieprzychylnej dyrektorki szkoły. Jasne, że ten naukowy stopień jest tylko pretekstem by pokazać jak trudne i pełne wątpliwości jest podążanie własną drogą, ale jakoś właśnie niewspółmierne wydają mi się te wszystkie górnolotne słowa w stosunku do rzeczywistości. Właściwie miałam takie poczucie, że jakby zdrapać tę uduchowioną warstwę, to byłby całkiem fajny zarys powieści.

Ciekawym doświadczeniem dla mnie jest zobaczenie jak w soczewce błędów, które wyglądają dokładnie jak te, które sama popełniam. Po lekturze Raju na kredyt zobaczyłam, że dużo wielokropków nie czyni tekstu lepszym. Cholera, kocham wielokropki, niedopowiedzenia, dwuznaczności, ale tu doskonale widać, że stara zasada im mniej tym lepiej sprawdza się nie tylko w modzie. Przenikanie się dwóch światów, a raczej przebłyski ze świata zewnętrznego posuwają do przodu „akcję”. Akcja jest w cudzysłowie, bo akcji tak naprawdę nie ma. Wygląda to tak, jakbyśmy zamykali i otwierali na chwilę nasze oczy. Gdy je zamykamy, nasz kot stoi w końcu pokoju. Gdy je otwieramy nasz kot jest bliżej i bliżej. Kojarzycie taki filmik z Youtube? Tak samo tutaj. Bohaterka przemieszcza się niczym szpieg z krainy Dreszczowców przesuwając swoje ciało coraz bliżej upragnionego tytułu.  A tak naprawdę jej życie toczy się w głowie pełnej wątpliwości, niewiary w siebie, wewnętrznego monologu z cieniem, który zadaje trudne pytania i dzieckiem, które sprowadza bohaterkę na ziemię, usadza w ławce, czasem się wyzłośliwia lub podstawia nogę.

Zdaję sobie sprawę, że proza poetycka to nie powieść, że ma swoje reguły i zasady odmienne od prozy i poezji, żyjących w symbiozie, ale osobno. Że jej cechą są bogate metafory, wyszukane słownictwo i paralieizmy. Przyznam się również, że oprócz Brunona Schulza, nigdy nie czytałam utworów tego gatunku literackiego. Może dlatego zdziwienie i wesołość wzbudziły niektóre metafory użyte w tekście, dzięki którym wyglądał czasem jak pamiętnik egzaltowanej nastolatki. (przemówił krzykiem białych kwiatów). I tu znowu cholera po dwakroć, bo też lubię metafory i porównania i cieszę się jak młody konik, gdy uda mi się jakąś zgrabną wymyślić. Ale użyte w nadmiarze, albo zbyt barokowe wyglądają groteskowo. Cenna lekcja dla mnie.

Krytyka była, pora na pochwały. Charakterystyka plejady profesorskiej na uczelni bohaterki opisana językiem poetyckiej prozy jest jednym z mocniejszych punktów książki. Świetnie scharakteryzowane przypadłości ciała, duszy i umysłu, pasować mogą do niejednego grona pedagogicznego wyższej uczelni. Sama mogę przypasować przynajmniej dwóch, choć pewnie bohaterka doktoryzowała się na innej uczelni, niż ja kończyłam studia. Poetycki język świetnie się sprawdził w tej roli nie powodując ani jednego zgrzytu.

Pięknym zabiegiem są białe strony zadrukowane specyficzną czcionką, będące fragmentami tekstu. Patrząc tylko na nie, można stworzyć poetycki tomik. Dopiero wtedy w pełni widać, że Raj na kredyt jest poezją.

Nie pisz, gdy słowa mylą litery, a myśli zbyt gwałtownie poszukują siebie. Nie czytaj, gdy piszesz. Nie pisz, gdy czytasz. Te dwie miłości są zbyt zazdrosne o siebie.

Dzięki Krzysi Bezubik i jej Rajowi na kredyt dowiedziałam się o sobie dwóch rzeczy. Pierwsza to taka, że proza poetycka jest mi zupełnie nieznanym gatunkiem i że niekoniecznie się pokochamy, gdyby przyszło nam ze sobą współżyć 😉 Druga zaś potwierdziła to, co wiedziałam od zawsze, ale na chwilę mi się zapomniało. Nie lubię recenzować na zlecenie. Wolę czytać i polecać to, do czego ciągnie moje serce.

Krzysia również pokazała mi, że można własnym sumptem wydać ładną graficznie książkę, z jej wszelkimi atrybutami w postaci skrzydełek okładki, zakładek sparowanych z książką. Można wysłać krytycznym blogerom piękny pakiecik nie tylko z podpisaną książką, zakładką, wizytówką, ale i dołożyć od siebie coś jeszcze. Krzysia bowiem wysłała nam skrzydła. Skrzydła na długopis, którym kiedyś będzie można podpisać własną umowę na wydanie książki.

Ps. Jest jeszcze coś, czego nie róbcie NIGDY, naprawdę NIGDY, szczególnie wtedy, gdy sami wydajecie sobie książkę. Nie piszcie sobie, albo nie wkładajcie do książki recenzji „zachwyconego wami krytyka”, który samymi hiperbolami i terminami zaczerpniętymi z teorii literatury opowie o tym, czym jest książka, którą właśnie przeczytał czytelnik. Określenia takie jak „tajemniczy świat archetypów”, „fundamentalne prawdy o ludzkiej egzystencji”, klasyczna powieść inicjacyjna” wyglądają dobrze jedynie w wydaniu klasyki w serii Biblioteki Narodowej. W swoich książkach, proszę zostawcie przestrzeń do interpretacji czytelnikom.

Raj na kredyt możesz kupić TUTAJ i sprawdzić, czy się zgadzasz ze mną, czy wręcz przeciwnie 🙂

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *