Spotkania

Spotkania

Lipiec wysypał autorami. Mediateka we Wrocławiu zaprosiła na Miesiąc Spotkań Autorskich szereg naprawdę świetnych nazwisk. Gościem honorowym była Hiszpania i Ildefonso Falcones, który gościł w ramach Europejskiej Stolicy Kultury na zlocie Dyskusyjnych Klubów Książki na terenie Wyższej Szkoły Oficerskiej Wojsk Lądowych im. Tadeusza Kościuszki.

Osobiście byłam i na jednej kanapie miałam zaszczyt przysiąść z jedynie trzema ważnymi dla mnie pisarzami. Każdy z nich odcisnął na mojej duszy swój ślad. Mniejszy, większy, lub całkiem spory.

Jakub MałeckiPierwszy na mej liście był Jakub Małecki. Jego powieść „Dygot” wbiła mnie w fotel na długie godziny jazdy z włoskiej części Tyrolu do domu we Wrocławiu. Mam słabość zarówno do dobrej literatury, jak i znających się na tym, co dla mnie jest czarną magią finansistów. Postać Małeckiego łączy te dwie słabości w jedną przystojną mieszankę wybuchową. Skromny pisarz, który ciągle jeszcze zdziwiony jest swoją obecnością wśród najgorętszych nazwisk literatury polskiej. Niezwykle płodny, pisze średnio jedną książkę rocznie.  Jego realizm magiczny jest bliski mojemu przeżywaniu świata, a jednocześnie niechęć do szufladkowania w gatunku literackim, przekraczanie granic tych gatunków, wychodzenie poza normy jest w jego wydaniu ożywcze i nowe. Prowadzący wywiad Leszek Pułka wysnuł tezę, że Jakub Małecki pisze zapachami. Porównał nawet „Dygot” do Pachnidła Patricka Suskinda. I mi to porównanie wydaje się bardzo trafione. „Dygot” jest blisko ziemi, blisko pierwotnej siły drzemiącej w człowieku i przyrodzie. Jest tam mnóstwo zapachów i odbierania świata zmysłami i czuciem i takim przeczuwaniem, widzeniem magicznym, zaklinania rzeczywistości. W przeciwieństwie do współczesnego człowieka żyjącego głównie „z głowy”, bohaterowie powieści Małeckiego istnieją bardzo intuicyjnie.

Autor rozbroił wszystkich przyznaniem się do swojej słabości, a mianowicie namiętnego przeglądania Pudelka oraz nieznajomości socjal mediów. Jego warsztatem pracy jest szczegółowy konspekt i wcześniejszy research starych czasopism w poszukiwaniu prawdy historycznej i smaczków w postaci porady „co zrobić w przypadku, gdy konia trafi piorun”, itp.

Joanna BatorJoanna Bator, chłodna z urody, porównana przez prowadzącego spotkanie Jacka Pułkę do Elzy z bajki o Frozen, okazała się ciekawą osobą o doskonałej pamięci i nieprzeciętnym umyśle. Słuchając pani Bator, przez cały czas chodziło mi po głowie określenie – pisarz osobny. Osobny w swojej indywidualności, umiłowaniu ciszy podczas twórczego procesu, ładu na biurku w postaci pustego stołu, gdzie oprócz laptopa nie ma prawa nic leżeć, ale i potrzeby odizolowania się od rzeczy i zdarzeń, o których pisze. Jej dystans do otoczenia tworzy niewidzialną barierę pomiędzy czytelnikiem a książką, pomiędzy słuchaczem a bohaterką spotkania, w końcu pomiędzy prowadzącym Panem Pułką, a samą autorką. Ten dystans daje pewne uczucie chłodu i rezerwy, ale pozwala na zachowanie pełnego szacunku podziwu dla niezwykle przenikliwego umysłu pani Joanny Bator.

Spotkanie rozpoczęła opowieść o Japonii, która tak mocno odcisnęła swój ślad w życiu autorki. Gdybym nie wyjechała do Japonii, nie zaczęłabym pisać prozy – przyznała pani Joanna. Nostalgia za tym krajem, tęsknota za podróżą, tęsknota za czymś, czego nie da się już zrobić, pragnienie by odciąć się, odłączyć, rzucić wszystko i wyjechać przewijały się w rozmowie i wracały w wielu wątkach. Przy pytaniu o domową biblioteczkę, która okazała się ogromną biblioteką zatrzymałam dla siebie jedno określenie – książki fluidalne. Fluidalne, czyli takie, które czytamy i posyłamy dalej, bo wiemy, że już nigdy do nich nie wrócimy. Ja pewnie z racji zawodu zupełnie nie przywiązuję się do książek i ich nie kolekcjonuję. U mnie wszytko co czytam, ma fluidalny charakter. Biblioteczka okrojona do niezbędnego minimum pewnie z czasem również ulegnie rozpłynięciu. Cieszę się za to, że znalazłam jedną cechę wspólną, z pisarką, mianowicie, podobnie jak Joanna Bator nie wracam do ukochanych książek, ponieważ boję się, że ta magia, która się kiedyś zadziała uleci bezpowrotnie.

Szalenie ciekawym wątkiem w rozmowie, podjętym przez słuchaczkę był motyw bliźniaczek, kobiecego podwojenia, mrocznego alter ego w twórczości Joanny Bator. Tak, ja też zwróciłam uwagę na parę bliźniaczek w „Ciemno, prawie noc”, „Wyspie łzie„, ale tu okazało się, że te podwojenia dotyczą nie tylko ludzi, a wynikają z pewnej obsesji autorki, która nie zawsze zdaje sobie z ich sprawę podczas procesu pisania. Samo pisanie zresztą w teorii Joanny Bator, ma w sobie coś demiurgicznego i nie można się go nauczyć na żadnym kursie. Niezwykłego wpływu jej prozy na moje życie doświadczyłam po przeczytaniu „Piaskowej góry” i „Chmurdalii„, gdy specyficzny język, którym pisane były te dwie powieści nie chciał mi wyjść z głowy i nawet wrażenia z lektury napisałam tak, jakby moje wynurzenie z Joanny Bator nie nastąpiło. Niezmiennie uwielbiam i męskie i żeńskie piekielnie inteligentne, obdarzone darem dostrzegania szczegółów i poczuciem humoru umysły. Pani Joanna plasuje się w pierwszej dziesiątce.

Jacek Hugo-BaderJacek Hugo-Bader – świetny mówca, gawędziarz, którego chciałoby się słuchać i słuchać. Miałam wrażenie, że pytania prowadzącego czasem przerywały co ciekawsze wątki. Zaczął o swoim uzależnieniu od analogowych dyktafonów, co wzbudziło od razu aplauz i pytania słuchaczy, jednak w większości o opowiadał o swojej najnowszej książce pt. „Skucha” traktującej o znanych i mniej znanych bohaterach wolnej Polski, o tym, jak różnią się losy kombatantów II wojny, którzy się wspierają, pomagają, spotykają do dzisiaj, a tymi, którzy walczyli o wolną Polskę, a którzy zostali po wielokroć zapomniani, zostawieni samym sobie, często zignorowani przy rozdzielaniu honorów i zaszczytów. Ci, którym się udało w życiu zapomnieli o tych, którzy nie odnaleźli się w nowych czasach. I to m. in. Hugo-Bader nazywa skuchą. Opisując to środowisko, opisał poniekąd samego siebie i sobie również przypisuje winę zaniedbania. To trudny i gorzki materiał – mówi – po którym musisz iść na wódkę, by odreagować. Krotochwilny zabieg, który autor zastosował w „Skusze” porównując każdego z bohaterów do psa, który wielu krytykom nie przypadł do gustu powstał trochę przez przypadek, podobnie jak rozdział o psich kupach, który jednocześnie pasuje i nie pasuje do książki, a na który autor się uparł, by w niej pozostał, mimo protestów redakcji.

Za każdym razem, gdy Jacek Hugo-Bader opowiadał o swoich bohaterach, podróżach, zapalały się emocje. Historie wybrzmiewały, czasem dygresja nie pozwalała skończyć tego, co zaczęło opowieść, ale to zupełnie nie przeszkadzało, bo zaangażowanie, z jakim autor opowiadał o swojej pracy, humor, refleksyjność, szacunek do człowieka było czuć w każdym słowie. Na koniec początkujący autorzy dostali radę odnośnie pisania: „Jak masz opowiedzieć coś wielkiego, a nie wiesz jak – spróbuj opowiedzieć ocean. Aby opowiedzieć ocean – opisz kroplę tego oceanu. Na szkiełku laboratoryjnym. Precyzyjnie”.

Świetni autorzy, dobra organizacja, wysoka frekwencja. Czas urlopowo-wyjazdowy nie pozwolił być na wszystkich spotkaniach, które chciałam zobaczyć, a i własne gapiostwo w postaci pomylonej daty, sprawiło, że dwa spotkania przeleciały mi koło nosa. Już w tej chwili zachęcam jednak do przyszłorocznej edycji, bo spotkania twarzą w twarz z ulubionym pisarzem pozwala na zobaczeniu, kto stoi za kartkami, które wywołały tyle emocji i wzruszeń.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *