Spotkania

Słodko-gorzko z przewagą goryczy

Gdy dostałam zaproszenie do udziału w pracowni krytycznej Festiwalu Stacja Literatura.21, oznaczające, że moje wcześniej wysłane teksty się komuś, jakoś spodobały, poczułam się niebywale wyróżniona i doceniona. To dla takiej płotki, która niedawno zaczęła swoją przygodę z pisaniem, nie mającej wciąż (niestety) zbyt dużej ilości czytających, mającej dwie lewe ręce do promowania siebie było jak gwiazdka z nieba. Rozumiecie – Artur Burszta, Biuro Literackie, Międzynarodowy Festiwal – zaproszenie do udziału! No, skakałam z radości. Mojej radości nie zniweczył nawet glejt, który zobowiązywał mnie do wniesienia jakiejś kwoty w przypadku rezygnacji, ani to, że festiwal miał się odbyć w Stroniu Śląskim i Siennej, tak, że trzeba było opłacić sobie dojazd, noclegi, itp. Miałam nadzieję na twórczy ferment, na fantastyczne spotkania z ciekawymi ludźmi, zwłaszcza, że na tematy, jakie miały być poruszane w warsztatowej pracowni moje serce reagowało zwariowanymi podskokami i ekstatycznymi okrzykami TAK! TAK! TAK! Wreszcie dowiem się jak pisać, by mnie czytali, jak pisać, by to co wychodzi z mojego starego laptopa było profesjonalne, piękne, niebanalne, jak zarabiać, by to co piszę oprócz satysfakcji osobistej przynosiło satysfakcję finansową. No czyż to nie są wystarczające powody do tego, by zrobić sobie wakacje od rodziny i pracy na trzy dni?

Więc dlaczego tyle goryczy? Bo już pierwszego dnia zrozumiałam, że większość Pracowni została zapełniona uczestnikami tylko po to, by była wypełniona sala na późniejszych debatach i prezentacjach debiutów. Przy całym szacunku do organizatorów i do prowadzących warsztaty w pracowni krytycznej, jedynie dzięki Paulinie Małochleb nie wyjechałam stamtąd zupełnie rozgoryczona. Dziękuję Pani za wiedzę, za konkrety, za nieowijanie w bawełnę, za otworzenie oczu i spuszczenie na ziemię, ale szczególnie za to zdanie, które padło jako pierwsze, czyli, – Ja wiem, do kogo będę mówić (w przeciwieństwie do moich kolegów), bo sobie państwa wuguglowałam. To musiało pewnie zająć trochę czasu, ale przez ten prosty w dzisiejszych czasach zabieg my poczuliśmy się docenieni, a Pani mogła bardzo dokładnie stargetować swój wykład. Okazało się, że taka prosta wiedza, do kogo się mówi, kto jest odbiorcą naszego wykładu robi wielką różnicę w odbiorze. Nam było łatwiej wyguglować prowadzących i wiedziałam, kim jest Adam Lipszyc i Arkadiusz Żychliński (Paulina Maochleb również :-)). Onieśmielona tytułami i sprawowanymi funkcjami spodziewałam się trzęsienia ziemi. I trochę tak było. Adam Lipszyc – wielka pasja, zaangażowanie, zanurzenie się w temacie i jedno zdanie na tytułowy temat. To był fantastyczny wykład, ale to nie my byliśmy adresatami, zwłaszcza, że już w pierwszych zdaniach, blogerzy, krytycy, którzy gdzieś tam próbują swoich sił w prasie i internecie zostaliśmy pominięci twierdzeniem, że w krytyce literackiej są dwie ścieżki: akademicka i polecenia prasowe okrojone do szczątkowej formy, pisane przez nie wiadomo kogo. Zanurzyliśmy się w ten akademicki świat czytania z ołówkiem w ręku, porównywania pojedynczych zdań i słów, roztrząsania nieistniejących problemów, itp. nie wynosząc wiedzy ani o tym, jak czytać, by pisać o książkach, ani o samym tekście, którego dwa fragmenty dane nam było dotknąć. Arkadiusz Żychliński polecił swoim kursantom przeczytanie tekstu opowiadania Bolaño. Po czym sam swój wykład odczytał z kartki. Błagam! Wkręcony przez jednego z kursantów wybrnął dość niezgrabnie, ale to naprawdę było rozczarowujące spotkanie. To nie lekcja języka polskiego i rozbiór tekstu! Na temat warsztatu krytyka – ani słowa!

Debaty – bicie piany i głaskanie się po głowach. Wnioski? Młodzi autorzy mają bardzo trudno. No sorry, to my i bez debaty wiemy. Jak wyszukiwać młodych autorów? Konkluzja (moja) jest taka, że tradycyjne ścieżki poszukiwania młodych autorów nie działają, albo nie ma na to pieniędzy i czyjś debiut to w znacznej mierze kwestia przypadku i szczęścia, a wydawcy i agenci nie znają ścieżek i platform, gdzie młodzi publikują i próbują zaistnieć.

Debiuty – życia, życia! Więcej życia! Mniej kurw, więcej życia!

Wieczorna muzyka słowa – cudowny pan Ryszard Krynicki. Przenikający, prześwietlający, drżący i drażniący. Nawet dla tych, którzy poezję traktują jak jeża, było to jak przeżycie miłości i rozstania, poznania i zagubienia, radości i rozgoryczenia w czasie jednej wieczornej godziny. Piątkowy koncert Buch i Kir był ok, jedynie teksty uciekały gdzieś niedosłyszane. Muzyka je pochłonęła, zjadła.

Moja obecność na festiwalu zakończyła się w niedzielne przedpołudnie, po warsztacie pani Pauliny. Bycie wypełniaczem trochę już mi się znudziło, ale wiem, że ludzie czekali na koncert Konrada Góry i mam nadzieję, że wyjadą usatysfakcjonowani.

Konkluzje:

  1. Biedronka na przeciwko CETiKu pozwoliła przeżyć niejednemu uczestnikowi dni festiwalu bez burczenia w brzuchu. Darmowa kawa dla uczestników to trochę za mało. Catering podłej jakości i drogi niestety. 18 zł za ser grillowany (zimny), plaster bakłażana (zimny), plaster cukinii (ciepły), ćwiartkę papryki (zimnej) i kopczyk surówki z kapusty to cena z kosmosu. Brak alternatywy jedzeniowej, brak miejsca do integracji, poza kilkoma stolikami, które w deszczu słabo się sprawdzały, brak czasu na samą integrację w czasie spotkań pracowni. Odległość miejsc festiwalowych i rozrzucenie uczestników po różnych, miejscowościach, oraz fakt, że o godzinie dwudziestej, gdy festiwal kończył działalność, maleńkie Stronie Śląskie nie miało otwartej ŻADNEJ knajpki, restauracji, pubu, gdzie moglibyśmy przysiąść i pogadać stawia moim zdaniem pod znakiem zapytania zasadność organizowania festiwalu w takim miejscu.
  2. Biuro Literackie wysyłało mejle z prośbą o zakup ich książek, z racji tego, że nie dostało finansowania z miasta. Uległam tej prośbie, choć bez niej i tak coś bym pewnie kupiła, ale poczułam się zobligowana do tego, by znacznie głębiej sięgnąć do kieszeni. Może przydałaby się chstacja-literaturaoć woda dostępna za darmo dla uczestników? Albo herbata, gdy się zrobiło zimno? (podobno kawa była).
  3. Organizowanie pracowni miałoby sens, (i nie byłoby traktowane jak wypełniacz dla sali przy promowaniu debiutantów), gdyby dali nam Państwo szansę powspółpracować troszeczkę. Poeci stworzyliby wiersze, krytycy je zrecenzowali, tłumacze przełożyli a pracownia kadrowa załatwiła druk i spotkania autorskie. To, że tego nie było, to jakieś szalone niedopatrzenie 🙂
  4. Integracja mimo wszystko się odbywała. Na schodach, w deszczu, w Bazie Ludzi Znudzonych na torach kolejowych. I dziękuję tym wszystkim szalonym Poetom, twórczym Krytykom, poszukującym Otwartym, piekielnie zdolnym Kadrowym. Bardzo przyjemnie mi się Was słuchało. Już dawno nie miałam okazji rozmawiać o Houellbecqu, radości pisania, otwartości i szczerości w rozmowach z innymi, wykorzystywaniu prywatnych rozmów w artykułach prasowych, itp. I życzę Wam, by ta trampolina była zawsze gotowa wyrzucić Was w kosmos popularności i uwielbienia czytelników 🙂

Krytykanaostro.blogspot.com – zupełnie fantastyczne miejsce, gdzie publikuje Paulina Małochleb. I tu jeszcze mały wyimek o Pani Paulinie.

 

4 komentarze na “Słodko-gorzko z przewagą goryczy

  1. Cóż, nic ująć, dodać troszeczkę owszem. Poczynię to późnym popołudniem. Warsztaty i cały festiwal nie były jednak tak do końca zmarnowanym czasem, skoro w ich efekcie powstała tak szczera, i w cale nie taka gorzka refleksja.

    1. Zmarnowałam czas? Bynajmniej. Połaziłam po cudownym lesie, powylegiwałam się na łące pod jarzębiną mając przed nosem Witkacego i jego kobiety ;-), poznałam szalonych poetów i zobaczyłam, że wokół mnie pracują fajni ludzie 🙂 Tylko mam ogromny niedosyt wiedzy, po którą pojechałam na festiwal, a którą prawie nikt nie chciał się specjalnie podzielić.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *