Słuchasie

Romeo nie umiera

Miłość nie umiera nigdy. A co, jeśli nasz obiekt westchnień, nasz niedoszły absztyfikant, ojciec naszych przyszłych dzieci umiera w pierwszej scenie? Na dodatek ja Julia nie miałam okazji go wcześniej poznać? Cały ten koncept literacki zawarty w splocie przypadkowych zdarzeń, naciągnięty niczym gumka w wielkich majtkach, wydaje się nie mieć większego sensu i być sztuką dla sztuki. Umarł, czy nie umarł? Oto pytanie, które od tej pory dręczy nie tylko samozwańczą narzeczoną potrąconego w wypadku Mikołaja, ale cały świat zapyziałego warszawskiego szpitala, o którym zrobiło się nagle głośno oraz najwyższe władze kościelne, którym cierpnie skóra na myśl, o możliwości zrewidowania dogmatu o Zmartwychwstaniu Pańskim. Poziom absurdu w powieści Karpowicza niebezpiecznie zbliża się do powierzchni. Mamy wrażenie, że zaraz wykipi, albo co najmniej się komuś uleje. Nieumarły wybranek serca, samozwańcza narzeczona, piekielna mamusia, chutliwy ordynator, nieświadoma zabójczyni szwendają się po książce kręcąc różnego rodzaju piruety. Na dodatek autor wprowadza jeszcze relację tatusia owego niedoszłego a może doszłego nieboszczyka, trzeźwiejącego alkoholika o manierach pańskich i barokowym słownictwie. I tak jak kocham słowne eksperymenty, wygibasy językowe i różnego rodzaju fikołki stylistyczne, tak uduchowione perory Pana Ojca irytowały mnie dogłębnie. Może i były miejscami zabawne ale uzasadnienia dla takiego potraktowania natchnionego pierdu szanownego tatusia nie zobaczyłam. Całość też nie do końca mnie przekonała. Czasem uśmiech na twarzy wykwitł, jednak po sobie zostawił nic.

Cud / Ignacy Karpowicz. – Kraków: Wydawnictwo Literackie, 2013 r.

Obrazek za Wydawnictwo Literackie

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *