Czytasie

Raj z bliska

Dziewczyna o siedmiu imionach w większej części jest zapisem dość niefrasobliwego zniknięcia z Korei Północnej Hyonseo Lee, oraz walki o przeżycie w wolnym świecie, który nie do końca okazał się wolny przynajmniej dla Koreańczyków. Piszę dość niefrasobliwego, ponieważ nie była to ani przemyślana decyzja świadomego, czy raczej uświadomionego obywatela, ani desperacka ucieczka przed reżimowym, nieludzkim systemem. Była raczej nastoletnim, zbuntowanym wypadem „za miasto”, ostatnim szaleństwem przed osiągnięciem dorosłości, który okazał się długotrwały i brzemienny w skutkach.

Moja fascynacja Koreą Północną nie wynika z miłości do tego reżimu, bardziej pragnienia, by zrozumieć budowanie i sposób funkcjonowania, tego państwa – widma. Tu zestawienie życiorysu autorki z życia w Korei Północnej i poza jej granicami daje obraz wynaturzonej władzy i zupełnie zwyczajnych ludzi z ich wszelkiej maści bolączkami i radościami. I oprócz znanych już z wcześniejszych książek wątków typu: oddawanie czci zwielokrotnionym portretom i posągom przedstawiającym rodzinę Kimów, czy kłamstwa, które powtarzane po tysiąckroć stają się obowiązującą prawdą, mamy okazję  dotknąć codzienności mieszkańców tego dziwnego państwa. Autorka wielokrotnie każe nam załamać ręce, a nawet zapłakać nad nieludzkim terrorem, który zakorzenił się w ludziach na tyle, że sami dla siebie stali się katami. Skazanie kogoś na obóz pracy, pobicie, a nawet śmierć jest łatwiejsze, niż upolowanie kury biegającej po podwórku. A że w Korei panuje odpowiedzialność zbiorowa, w obozach pracy znikają całe rodziny. Czy ktoś wraca? Zdarza się, że tak, jednak do końca życia zostaje pod obserwacją. I mimo, opowieści o ratowaniu z pożaru domu jedynie portretów przywódców, urzędniczych kontrolach czystości owych portretów, wielogodzinnych treningach dzieci przed masowymi imprezami bez przerw na toaletę, gotowanie zupy z łupin kukurydzy,  zamontowanym na stałe głośniku w mieszkaniu, który nadawał rewolucyjne pieśni i komunikaty, i którego nie można było wyłączyć, kontroli ubioru na ulicach, wyłapywaniu niesocjalistycznej postawy obywateli noszących zbyt długie włosy, biżuterię, perfumy, lub nie mających przypinki z wizerunkiem Wielkiego Wodza, niepewności każdego dnia, świadomości, że się jest obserwowanym i podsłuchiwanym na każdym kroku, to fascynujące dla mnie stało się odkrycie, że za tymi dziwacznymi, często tragicznymi dla nas zachowaniami, są zwyczajni ludzie, którzy karmieni od najmłodszych lat prokimowską propagandą, kochają swój kraj i nauczyli się w nim żyć. Mając niewiele, niewiele mogą stracić. Odgórnie narzucona opieka państwa sprawia, że jego obywatele stają się bezwolnymi ofiarami tego terroru. Wszystko to, co dla nas dziwne, dziwaczne, opresyjne, stanowi dla nich codzienność, która tak dobrze znana, staje się swojska i ciepła, niczym stare skarpety na nogach. Już nieświeże, ale przecież ciepłe. A skoro nie ma innych, trzeba polubić to, co się ma. Tylko nieliczne jednostki mają w sobie na tyle determinacji, odwagi, bądź głupoty (patrząc z koreańskiej perspektywy), by chcieć coś zmienić w swoim życiu. I tak się dzieje w przypadku naszej autorki.

Jej nastoletnia, zdawałoby się lekkomyślna ucieczka pociągnęła za sobą lata ukrywania swojego pochodzenia i tułania się oraz dwunastoletnią rozłąkę z rodziną, jednak zaskakująco dobrze, mimo tęsknoty poradziła sobie w pozakoreańskiej rzeczywistości. W przeciwieństwie do wielu jej rodaków, zdobyła wykształcenie, zawód, pracę i obywatelstwo Korei Południowej. O tym, jak trudno żyć Koreańczykowi z Północy w wolnym świecie, świadczy zachowanie matki i brata Hyonseo Lee, których w końcu udało się wydobyć i przemycić na Południe. Kraj, który wiedział o tobie wszystko, co chciał wiedzieć, dawał ci również to, co w jego mniemaniu powinieneś mieć. Zależało to oczywiście od tego w którym songbunie (warstwie społecznej), mieściła się twoja rodzina, jednak jeśli dość wysoko, jak to było w przypadku Hyonseo Lee oraz jeśli miałeś choć odrobinę głowy do interesów i intuicję, komu i jakie wręczać łapówki, to żyło ci się całkiem dobrze na miarę warunków oczywiście Korei Północnej. No jasne, chyba, że przyszły lata głodu (lata 90), to wtedy najlepszym rozwiązaniem było mieszkać w Pjongjangu, lub być blisko Kima, w innym przypadku mogłeś po prostu nie przeżyć. Na pocieszenie zostawała ci informacja, że szanowny Kim również ograniczył swoją rację żywnościową, zjadając na raz tylko dwie kulki ryżu, zamiast trzech. Oczywiście łącząc się w bólu z narodem w „Trudnym Marszu”. Ogromna tęsknota i nieumiejętność życia w wolnym świecie stała się dla rodziny Hyeonseo dramatem, z którym przyszło im się zmierzyć.

„Dziewczyna…” jest kolejnym kamykiem do obrazu pt. Korea Północna. Jest tym bardziej ważna i wiarygodna, bo pisana nie przez turystę, dziennikarza, czy poszukiwacza sensacji. Jest relacją mieszkanki. Córki urzędnika państwowego i dyplomaty. Jest światem równoległym, który nam się przydarzył na tej planecie.

Dziewczyna o siedmiu imionach: uciekłam z Korei Północnej / Hyeonseo Lee, David John. – Warszawa: Prószyński i S-ka, 2015 r.

1 komentarz na “Raj z bliska

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *