Czytasie

Raj na nowo

Kolejna książka o Korei Północnej, znowu tak pełna okropności, jak poprzednie, np. „Dziewczyna o siedmiu imionach” Hyeonseo Lee, lub „Pozdrowienia z Korei” Suki Kim. Absurdalność tego kraju opisywana przez mieszkańców i uciekinierów zdaje się powielać i pączkować niczym zarodek tajemniczego stworzenia, które nie może się przepoczwarzyć. Ma się wrażenie, że kokon, który tak szczelnie okrywa to wynaturzone, larwalne ciało Korei, zamiast pęknąć, by mogło wykluć się coś lepszego, ładniejszego, to zaczyna być przegniłe i zbutwiałe i ciągle groźnie odbijające się w butnej, pucołowatej twarzy najmłodszego Kima.

„Przeżyć” jest opowieścią młodziutkiej, filigranowej Yeonmi Park o dramatycznej ucieczce z tego państwa-widma i drodze, jaką przeszła, by dotrzeć do wyśnionego zakątka wolności po drugiej stronie granicy. Schemat ucieczki jest podobny do tego z Dziewczyny o siedmiu imionach. Droga też. Inna jest natomiast motywacja. Tu dziewczynka wraz z matką uciekają z rozpaczy, będąc na granicy cierpienia, którego nie da się dłużej znieść. Ludzie spotkani w tej dramatycznej podróży, są w większości cyniczni, uwikłani w przemyt, handel ludźmi, nierząd. Nawet misjonarz katolicki, mimo dobrych intencji, w swoim czarnobiałym widzeniu świata,  nie pomógł wyjść z dojmującego poczucia zapętlenia i beznadziejności sytuacji. Jest w książce dużo bólu, traumy, przemocy, ale można odnieść wrażenie, że szczerość tej opowieści, niesamowita wola życia i pracy, by odnaleźć się, podnieść i nie upaść stała się bolesną, ale jednak terapią dla jej bohaterki. Terapią która może dać  i pewnie daje nadzieję wielu ludziom w jej sytuacji. Wygnańcom, uciekinierom, uchodźcom, wykorzystanym i okradzionym ze swojego kraju, tradycji, kultury, marzeń, dzieciństwa, normalności.

Ten kraj, którego nie sposób zrozumieć, który zjada swoje dzieci, zamiast wypuszczać je w świat, jest wbrew pozorom miejscem, które się kocha i do którego tęskni. Wyjście z tej otchłani piekieł wcale nie sprawia, że niebo, z którym utożsamiana jest Korea Południowa staje się bardziej niebieskie, czy niebiańskie. Po ciemnej stronie rzeki Yalu jest co prawda ciężko, absurdalnie, czasem głodno, zimno, ale jest się u siebie. W chińskim mieście pełnym światła, samochodów, ruchu, jest co jeść, ale strach nigdy nie daje o sobie zapomnieć. Za to Korea Południowa, ucieleśnione marzenie wielu uciekinierów, mimo pewnego parasola rozłożonego nad zbiegami, staje się często areną walki o przeżycie i utrzymanie się na powierzchni. Konkurowanie z rdzennymi Koreańczykami w szkole i na rynku pracy jest szalenie trudne dla ludzi o których zawsze troszczyło się (mniej lub bardziej) państwo. To państwo mówiło jak żyć, czego możesz się uczyć, a co jest zabronione, gdzie możesz pojechać, a gdzie nie możesz postawić nawet nogi, co wolno ci śpiewać i kogo kochać. Czternastoletnia Yeonmi Park, w swoim ojczystym kraju doświadczyła wszelkich odcieni ideologii komunistycznej w wykonaniu umiłowanych Przywódców Narodu. Jej matka po aresztowaniu ojca, by przetrwać zostawiła swoje dwie kilkuletnie córki na cały długi rok same w mieszkaniu. Ona musiała zarobić na to, by utrzymać rodzinę i wyciągnąć męża z obozu. Przetrwały, jednak ten rok w dziecięcym świecie stał się początkiem końca rodziny Parków. Koreański system nie daje możliwości powrotu na miejsce w szeregu, z którego się wypadło. Jeśli coś sprawiło, że zmienił się twój shongbun (klasa społeczna) na niższy, niż miałeś, to zarówno ty, jak i twoja rodzina musicie radzić sobie jako wyrzutki społeczeństwa. Więźniowie nie mają żadnych praw. Stają się darmową siłą roboczą. Stają się zwierzętami, bo podobnie jak one, nie mogą spojrzeć w twarz wartownikom. Pozostawiona rodzina może liczyć jedynie na krewnych, ale przeważnie i oni odwracają się od „przestępcy”. Szczególnie, gdy chcą pozostać lojalni wobec reżimu.

Irracjonalność życia w Korei Północnej najlepiej widać w historii Yeonmi Park, gdy opisywała codzienność. Z drobnych wspomnień o życiu w mieście, na koreańskiej wsi, wakacjach w Phjonjangu, chodzeniu do szkoły, niczym z puzzli stworzyła opowieść zarówno piękną, jak przerażającą. Z niedowierzaniem czytałam relację o zbieraniu kup w czynie społecznym. Odchodów używano jako opału w szkołach i różnych państwowych instytucjach. Każde dziecko chodzące do szkoły musiało przynieść określoną ilość nawozu w ciągu tygodnia, by wyrobić normę. Mało jedzenia, mało kup. Ludzie wychodki zamykali na kłódki, bo zdarzały się kradzieże nawozu. Czas wielkiego głodu Yeonmi wraz z siostrą przeżyły wygrzebując z pola pojedyncze ziarenka ryżu pozostałe po zbiorach, jałowa ziemia pozbawiona drzew ściętych na opał, obsiewana zgodnie z ideologiczną linią partii zamiast z naturalnym płodozmianem, rodziła kamienie i trupy, które w czasie koreańskiego „Trudnego Marszu” (lat głodu) stały się codziennym widokiem dziewczynek.

Drobny sprzeciw wobec władzy, jak np. oglądanie czarnorynkowych południowokoreańskich, lub amerykańskich filmów, był dla Yeonmi i jej siostry zarówno ekscytujący, jak groźny (za to też można trafić do obozu), jednak był pierwszym zetknięciem ze światem emocji, wyrażanej głośno miłości, otwartości, relacji. W kraju Wielkiego Wodza randki są zjawiskiem zupełnie nieznanym, a miłość można okazywać tylko i wyłącznie Przywódcom. Wyrażanie emocji jest możliwe jedynie na widok Słońca Narodu. Tajemnice, niedomówienia, znaczące milczenie, nieufność, świadomość bycia obserwowanym zawsze i wszędzie, wszechobecna indoktrynacja, codzienne zebrania samokrytyki, nakaz donoszenia na podejrzanych, obowiązek bezwzględnego posłuszeństwa wobec władzy, spreparowana historia, są tamtejszą społeczną normą. Ukształtowanej w takim systemie osobie jest szalenie trudno odnaleźć się po drugiej stronie lustra. W momencie, gdy państwo mówi ci jak masz żyć, co masz robić, co dzisiaj zjesz, to wolność Korei Południowej okazuje się równie przerażająca i niedostępna dla tych, którym udało się pokonać niebywałą drogę z tego opresyjnego reżimu, po wymarzoną, ale boleśnie trudną wolność w Korei Południowej.

Porcelanowa, krucha maleńka dziewczynka, wyglądająca na trzynastolatkę stała się gwiazdą południowokoreańskiej telewizji. Nie zawsze jej wybory były dobre, nie zawsze była tak świadoma tego, co robi. Zawsze jednak była niezłomna.  Zawsze wierzyła, że można zmienić nawet to, co zdaje się być niezmienne. W najtrudniejszych chwilach, w najciemniejszej rozpaczy. Posiadła niebywałą umiejętność podnoszenia się po upadku i widzenia rzeczy lepszych, niźli są w rzeczywistości. Jest jedną z całej rzeszy uciekinierów. Jest jedną z niewielu, która swój strach potrafiła przekuć w pokazywanie światu rzeczy, które istnieją tam, skąd przyszła, a których nie jesteśmy w stanie zrozumieć.

Bój się i rób. To od jakiegoś czasu bardzo bliskie mi hasło. Moja mantra, która zamienia strach w działanie. Yeonmi Park tylko utwierdza mnie w tym, że warto.

Przeżyć: droga dziewczyny z Korei Północnej do wolności / Yeonmi Park we współpracy z Marianne Vollers. – Warszawa: Czarna Owca, 2015.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *