Słuchasie

Nie mam ładnego życia

Nie mam ładnej buzi. Nie mam ładnego dziecka. Nie mam ładnego życia. Mówi przed sądem Danuta. Przed sądem ludzkim, sąsiedzkim, boskim, najwyższym. Ma za to płaszcz uciekającej przed wojenną pożogą Żydówki, który jej babka zdarła  z kobiety szukającej u niej schronienia. Ma też Dzidzię. Dziecko bez rączek i nóżek, które karą się wydaje za te grzechy przeszłe i przyszłe. Ma chałupę z jednej deski i jednego gwoździa zbudowaną, biedę, brud, kołtuństwo, męża pijaka i rację. We wszystkim, rację najmojejszą. I prawo. I zdziwienie. I żal. Żal ma duży, największy.

Sylwia Chutnik zabiera czytelnika w najczarniejszy mrok ludzkiego gówna. Tam też bywa przyjemnie i ciepło, czasem nawet całkiem miło ale nie da się ukryć, że to jednak gówno. Śmierdzące, zapijaczone, agresywne, hałaśliwe. Takie nagromadzenie najniższych ludzkich instynktów nie jest przyjemną lekturą, a nie ma oddechu w postaci świetlistej, pełnej kultury pomocy rodzinie z najbliższego MOPSu, księdza po kolędzie czy policjanta wrażliwego na ludzką krzywdę. Jest brudno, rechotliwie, w duchu najniższych instynktów i zaspokajania podstawowych czynności życiowych. Żadnej subtelności.

Żeby nie było tak zupełnie czarno, to czytelnik ma świadomość, że to groteska, krzywe zwierciadło, przejaskrawienie i wyolbrzymienie. Ten brutalizm i epatowanie brzydotą jest tak dojmujący, że aż śmieszny. Jednak ja miałam w sercu poczucie, że groteska jest tak naprawdę groteską tylko w zamierzeniu, że to, co się wylewa z kart książki to prawda. Że to prawda o nas. Prawda wyparta, prawda wyśmiana i wyklęta. Prawda tych, którym się nie udało, prawda kobiet żyjących pod daszkiem z „niebieskiej karty”, prawda dzieci bez prawa głosu, prawda świata który tylko wrzaskiem potrafi sprawić, że ktoś na chwilę odwróci głowę. Prawda Gołąbek, które do Warszawy mają się niczym kurnik do pałacu i tak są traktowane.

Kolejne naruszane tabu jest jak trącanie gówna patykiem. Coraz bardziej cuchnie, roznosi się na butach, przykleja do każdego, kto przechodzi obok. Kara boska w postaci niepełnosprawnego dziecka, denuncjowanie Żydów, okradanie zmarłych, potrzeba krwi i ofiary na ołtarzu by przyciągnąć owieczki pańskie, itp. Dostaje się wszystkim po trochu. I niby wiemy, że tytułowa Dzidzia jest symbolem czegoś większego, może właśnie Polski takiej trupiej, wymęczonej, brudnej, agresywnej, pełnej gniewu szukającego ujścia i hipokryzji, gdzie ten barani, bezrefleksyjny katolicyzm w jednym kotle z antysemityzmem się gotują, a mimo to odwracamy oczy i zatykamy nos, by nie czuć i nie widzieć. I ta niemoc uwolnienia się od przeszłości. Powracające traumy, ciągnący się smród, niekończąca się pokuta zadana do siódmego pokolenia. Nie ma odpuszczenia win, bo kościół tak samo cuchnie.

Powietrza!

Mój świat jest piękny, bo takim go stwarzam. Pracuję każdego dnia, by moje życie było świadome, obecne, szczęśliwe. Odłączyłam telewizję, nie karmię się wiadomościami ze świata, dawkuję sobie wrażenia z politycznego podwórka. Chutnik swoim tekstem sprawiła, że pojawiła się zadzior na tej wychuchanej rzeczywistości. I muszę zmierzyć się z tym. Zmierzyć się z tymi krzykaczami, którzy podpalają mój kraj i robią kupę na środku salonu, wyrzynają mój ogród i usadzają moje dzieci w kącie. I to wszystko z drwiącym uśmiechem i bynajmniej nie w rękawiczkach. (Tak mówię o aktualnej sytuacji w Polsce).

Dzidzia / Sylwia Chutnik ; czyta Magdalena Karel. – Warszawa: Na Głos, 2015.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *