Słuchasie

Dzikie

Wilki, las i dziewczyna. Maria Nurowska wzięła na tapetę nieco uwspółcześnioną wersję Simony Kossak (jeśli nie wesz kto to, to zajrzyj TU), wysłała ją w Bieszczady i kazała jej zająć się badaniami zachowań wilków żyjących na wolności. Do towarzystwa dała jej dwóch kolegów, naukowców, badaczy puszczy, znawców lasu i zwierząt. I mogłaby to być całkiem przyjemna opowieść, tymczasem miałam wrażenie, że zamiast emocji wysmakowanego dania dostaję szpitalny kleik pozbawiony przypraw i w konsekwencji smaku. Da się zjeść, jak trzeba zaspokoić głód, ale nie znam nikogo, kto delektuje się ryżowym kleikiem. Ta płaskość daje książce nużące zniecierpliwienie. Relacje między główną bohaterką Kasią, a jej kumplami badaczami są jakieś wyprute z energii. Ich rozmowy, spotkania, wzajemne fascynacje są nasycone dokładnie niczym. Nawet klująca się miłosna relacja między Katarzyną a jednym z kolegów została okrojona do pensjonarskich zapisków wstydliwej panny. Nie ma jednego zaskakującego zwrotu akcji. Żadna z postaci nie zmienia się, pozostając w określoności zaznaczonej już na początku książki. Olgierd jest mrukliwy, Marcin zwany Clooneyem przyjacielski, leśniczy jowialny, Kapuza do końca kłusuje, a Kasia nawet zakochana nie wykazuje specjalnych emocji. Cały czas czekałam na rozwinięcie akcji, na coś, co będzie przełomem, odkryciem, jakiegoś rodzaju katharsis, choćby to miały być stosunki sąsiedzkie z mieszkańcami Bieszczadów, ewentualnie konflikt z leśniczym, od biedy również miłosne podchody Kasi i Olgierda, ale nic takiego się nie wydarzyło. Nie wiemy czy sukces owczarków podhalańskich sprezentowanych jednej z mieszkanek wsi, powtórzył się u innych gospodarzy, czy rozpowszechnił się ten sposób pilnowania trzody. Nie znamy powodów, dla których doktorantka Kasia była śledzona przez Kapuzę – prawą rękę leśniczego. Pewne postaci wyskakują niczym królik z kapelusza, by za chwilę zupełnie zniknąć – typu przyrodnia siostra Kasi, czy narzeczona Marcina.

Nawet zapowiadany mistycyzm spotkania z wilkami okazał się jakiś mało mistyczny. Mało tego, odniosłam wrażenie, że wątki leśne, które są kanwą książki, są jakąś kalką wiadomości pojawiających się w mediach, (np. historia Czeczenki, której kilkoro dzieci zamarzło w lesie w trakcie ucieczki z ogarniętego wojną kraju), ewentualnie w artykułach popularyzujących życie lasu. Tu Adam Wajrak kłania się po całości i jego felietony w Gazecie Wyborczej.

I mimo, że Nurowską czyta się gładko i przyjemnie i przemyca ona z rzadka naprawdę fajne opowieści o wilczej rodzinie to, z przykrością w sercu stwierdzam, że to za mało, by zaliczyć tę powieść do udanych.

Nakarmić wilki / Maria Nurowska ; czyta Leszek Filipowicz. – Warszawa: Biblioteka Akustyczna, 2010.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *