Słuchasie

Dobry zły

Mam takie wspomnienie z dzieciństwa, które dzieje się w osiedlowej bibliotece. Pamiętam wydzielone wypożyczalnie dla dzieci i dorosłych. Ja, może trzynasto-,  lub czternastolatka nie mogąc się doczekać przejścia do „dorosłej” wypożyczalni, chowałam się czasami między regały z (jak mi się wydawało) poważną literaturą i jeździłam palcem po grzbietach książek. Nie spotkałam swojego dobrego ducha bibliotekarskiego, który doceniłby i zaspokoił moje pragnienie dojrzalszej lektury i wyczytywałam wszystkie dzieła Minkowskiego, Broszkiewicza, Bahdaja, Nienackiego, Niziurskiego, kamienie milowe mojego dzieciństwa. Po drugiej stronie rzędami stali Paukszta, Putrament, Andrzejewski, Kisielewski, Żukrowski i wielu innych. Niekoniecznie od tych nazwisk zaczęłam przygodę z poważną literaturą, ale dość mocno utkwiły mi w pamięci.

Przywołuję to wspomnienie, ponieważ za sprawą „Dziennika 1954” Leopolda Tyrmanda, nagle odnalazłam te nazwiska w realnej, czasem żartobliwej, a czasem brutalnej rzeczywistości socrealizmu, pod postacią znajomych, lub kolegów autora. Tyrmand tworząc swój dziennik, obejmujący zaledwie trzymiesięczny okres jednego roku, wplatał w opowieść o życiu niezrzeszonego, niezamożnego literata, również swoich kolegów po fachu. Z zaskoczeniem odkrywałam, że autorzy zasiedlający moją bibliotekę, to ludzie, z wszelkimi przywarami, mniej, lub bardziej uwikłani w system. A że to rok 1954, niedługo po śmierci Stalina, to i ludzie nie zawsze wiedzieli, w którą stronę iść.

Analiza Tyrmanda, dotycząca lat pięćdziesiątych, wypunktowująca wszelkie absurdy i idiotyzmy tamtych czasów, tak bardzo okazała się trafiona w punkt, że późniejsi wydawcy „Dziennika 1954”, zastanawiali się, czy aby na pewno Dziennik pisany był w 1954 roku. (Pierwsze wydanie miał on w roku 80). Podejrzewano, że jest to dzieło stworzone o wiele później, z jakiejś, najlepiej dość odległej, perspektywy czasowej. Dopiero odnalezienie rękopisu, w amerykańskim mieszkaniu sprawiło, że redaktorzy docenili tyrmandowską interpretację komunistycznej Polski. Oddając do druku swe Dzienniki, autor zmienił zaledwie kilka nazwisk kobiet, by chronić ich prywatność. Te natomiast miały ewidentną słabość do przystojnego pisarza, który znowu, za bardzo się nie opierał ich wdziękom, choć pragnienie prawdziwej wielkiej miłości pojawia się w kilku wątkach. Zaspokojona została (mimo dwóch polskich żon), dopiero na emigracji w Ameryce, gdzie poznał młodą studentkę iberystyki.

Pracę nad Dziennikiem przerwał z powodu propozycji napisania powieści, która w końcu położyła kres jego przymusowego bezrobocia po zamknięciu Tygodnika Powszechnego, w którym Tyrmand był redaktorem. (Prowadzenie dziennika pomagało mu ten okres przetrwać). Tak zaczął powstawać genialny „Zły”. Dziennik 1954 naprawdę warto przeczytać nie tylko, jako świadectwo tamtych czasów, które mimo, że naznaczone opresjami komunistów, brakiem perspektyw, narzucaniem jedynego słusznego światopoglądu, ale i jako opis fascynującego życia kulturalnego stolicy, gdzie bale sylwestrowe, prywatki, dyskusje przy winie i papierosach, inteligencja i ludzie, którzy musieli wytrwać mimo braku perspektyw na jakąkolwiek zmianę. Opisuje tam postaci znane, mniej znane i takie, o których dzisiaj nikt by już nie pamiętał, dokonuje poważnej analizy socrealizmu, ale i wplata żartobliwe dykteryjki. Pojawia się bikiniarska moda, prywatki i boogie-woogie, nowe, właśnie powstające warszawskie budowle (w tym Pałac Kultury). Towarzyszy temu ironia, kpina, szczerość i niesamowita umiejętność szczegółowej analizy zjawisk i przemian dokonujących się w  powojennej Polsce.

Tyrmand, człowiek wtedy zaledwie 34 letni, uważał się, za człowieka w wieku średnim, o szwankującym zdrowiu, narzekającym na niewygody i różnego rodzaju dolegliwości. Mimo to, ten prowadzący długie dyskusje ze Stefanem Kisielewskim i przyjaźniący się z nieznanym jeszcze szerokiej publiczności młodym Zbigniewem Herbertem pisarz, nie traci nic ze swej seksownej osobowości podrywacza i bikiniarza o jasnym umyśle i ciętym języku. Już mówiłam, że kocham pana T.?

Dziennik 1954 / Leopold Tyrmand. – Warszawa, 2013.

Obrazek za empik.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *