Czytasie

Cisza

Czytając „Mam na imię Lucy” miałam nieodparte wrażenie oplatania mnie ciszą. To było jak zamknięcie okna wychodzącego na ruchliwą ulicę, jak zatrzymanie w tańcu, pauza w muzyce, kiedy dźwięk zdaje się jeszcze trwać, choć już tylko cisza brzmi. To tak intymna książka, tak subtelna, jakby palce grały na flażoletach. Flażolety to sposób wydobycia dźwięku poprzez lekkie dociśnięcie struny instrumentu. I tu jest podobnie. Słowa są drganiem, wibracją. Pod ich subtelnością kryje się jednak morze cierpienia i wspomnień, które z subtelnością nie mają nic wspólnego. Skrajna bieda, molestowanie seksualne, piętnowanie inności, ucieczka. Jaką sztuką jest opowiedzenie o tym tak, by nie nie uczynić z opowieści łzawego dramatu? By ta, która doświadczyła, mogła żyć dalej. Lucy wspomina swój kilkutygodniowy pobyt w szpitalu i spotkanie z matką. Z drobnych ściegów codziennych rozmów budują to, co dawno zostało pogrzebane. Cerują dziury, których nie da się załatać. Są razem, jak spłoszone dwa koty siedzące naprzeciwko siebie w pokoju. Delikatnie się obwąchują, trącają łapą. Zaciekawione, nieufne, zranione. Chętnie zwinęłyby się razem w kłębek, ale zaufania nie buduje się w pięć dni. Całe pięć dni. Wypełnione rozmowami, wspomnieniami, opowieściami o znajomych i sąsiadach, przetykane badaniami i wizytami lekarza, utkane z samotności i tęsknoty. To co zdarzyło się w szpitalu było nie tylko spotkaniem Lucy z matką. Było spotkaniem Lucy z samą sobą. Z dziewczynką zamykaną na długie godziny w furgonetce, z dziewczynką, której nie wolno było płakać, z dziewczynką, która wolała być w szkole, niż w rodzinnym domu. Z wyalienowaną dziewczyną, która nie miała dostępu do popkultury, którą żyli jej rówieśnicy. Było również spotkaniem z lękiem, który towarzyszył jej całe życie. I z czymś ulotnym, co kazało jej wciąż uciekać.

Nie ma w książce akcji, nie ma nieoczekiwanych zwrotów, brak jest nagromadzonych postaci. To co tak urzeka,to intymność słów i myśli, zaglądanie pod podszewkę, budowanie swojego życia i tożsamości ciągle od nowa, czułość, miłość i przebaczenie.

Nazywam się Lucy Barton, mówi bohaterka w ostatnich akapitach swojego słownego tańca. To moja opowieść.

Mam na imię Lucy / Elizabeth Strout. – Warszawa: Wielka Litera, 2016.

2 komentarze na “Cisza

  1. W przypadku „Mam na imię Lucy” w decyzji włączenia do biblioteczki rodzinnej była jeszcze pierwsza jej pozycja w magazynie Książki za 2016. Akurat na tę książkę rzuciła się od razu mama więc czekam aż odda. Ale widziałaś, że mam co czytać więc trochę to potrwa zanim do niej dojdę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *