Słuchasie

Boli

Najbardziej popularna książka zeszłego roku. Najgrubsza. I taka, po którą ustawiają się w bibliotece najdłuższe kolejki. Mogę do tej wyliczanki dodać jeszcze jedno naj. Najmocniej dzieląca opinię na swój temat. Jeśli jeszcze nie czytałeś Małego życia Yanagihary Hanyi, jeśli wciąż jeszcze czekasz, aż dziesięć osób zapisanych przed tobą zwróci ją w końcu do biblioteki, jeśli kupiłeś i cały czas zasila Twój stosik przy łóżku z napisem – do przeczytania, to mogę powiedzieć ci jedno. Daruj sobie.

Ta historia paczki nowojorskich przyjaciół boli. Boli fizycznie, bo uwaga skupiona na jednym z nich, bogatym prawniku, który walczy z demonami własnej przeszłości. A ilość traum, jakie zafundowała autorka swemu bohaterowi jest naprawdę przerażająco-imponująca. Do czasu pójścia na studia życie Juda jest walką o przeżycie. Właściwie wszyscy ludzie, którzy którzy stanęli na jego drodze, a mieli być opiekunami, nauczycielami, przewodnikami, krzywdzili go, wykorzystywali fizycznie, psychicznie i seksualnie. Był poniżany, wyzyskiwany, używany jako przedmiot do zaspokajania chuci, traktowany jak towar, jak przedmiot, z którym można zrobić wszystko, jak zwierzę bez praw, bez głosu.

Czas, gdy jest dorosły, to zmiana o 180 stopni. Dookoła sami przyjaźni ludzie, paczka przyjaciół, nowa rodzina, wszyscy zaczęli się kochać, przyjaźnić , a nawet adoptować. Jedynie Jud, schorowany, zaburzony do końca życia praktykuje swoje samounicestwienie.

Opisy znęcania się nad młodym Judem są tak realistyczne, tak okrutne, że powodowały u mnie chęć ucieczki. Bolało mnie ciało od jego bólu i bolała mnie głowa od nadmiaru słów. Tym nadmiarem obdarza czytelnika autorka Yanagihara Hanya, multiplikując, pączkując tą opowieść w do rozmiarów balona, bo sam główny bohater przez całe życie milczy. Milczy na temat swojej przeszłości, milczy na temat swojej teraźniejszości, milczy, gdy wszyscy dopominają się odpowiedzi, i właściwie przez 800 stron oglądamy zmagania Juda, by nic o sobie nie powiedzieć. Może to przyzwyczajenie, z klasycznej literatury, że musi nastąpić kiedyś katharsis, jakiś przełom, oczyszczenie, ewentualnie jakiś banalny happy end, w którym wszyscy rzucają się sobie w ramiona, tu jednak nic takiego nie następuje. Od początku do końca jest męczarnia. I głównego bohatera zamkniętego w świecie własnych traum i czytelnika, który nie może się doczekać na punkt zwrotny. Cezury pozorne istnieją np. adopcja dorosłego Juda przez jego byłego wykładowcę na wydziale prawa, związek z Williamem, sporny obraz namalowany przez JB, przez który powstał konflikt między przyjaciółmi, i jeszcze kilka. Są pozorne, bo stanowią jedynie odrobinę wyraźniejszy ślad w życiu Juda, nie ucząc, nie pokazując mu nic nowego, nie zmieniając mu życia, sposobu myślenia, nie wpływają zupełnie na sposób radzenia sobie z nadmiarem wrażeń i emocji, których nie potrafi inaczej wyrazić niż za pomocą coraz to nowych samookaleczeń.

Nie wiem, czy to amerykańska poprawność polityczna, czy taki nowy trend nie wtrącania się w życie innych, nawet gdy są nam tak bliscy, ale niewiarygodne jest to przyklepywanie cierpienia, trzymanie wszystkiego w tajemnicy. Chciałoby się potrząsnąć nie tylko Judem, który spada na dno własnej ciemności, karząc swoje ciało, tnąc się i przepracowując do granic fizycznej wytrzymałości, ale i jego stadkiem przyjaciół, którzy nie pytają, nie dociekają, udają, że wierzą w każde kłamliwe słowo, w oszustwa konfabulującego przyjaciela, nie sprawdzając jego wiarygodności. Tak bardzo szanują życie swojego przyjaciela, że nie wtrącają się w nie, nawet gdy ten pogrąża się w samounicestwieniu.

Nigdy nie miałam do czynienia z tak bardzo straumatyzowaną i skrzywdzoną osobą i nie do końca potrafię sobie wyobrazić jak działa ich umysł.  Być może to, co opisała Yanagihara Hanya w jakiś sposób jest trafne i prawdziwe, jednak w powieści wygląda to trochę tak, jakby gen przetrwania w tych najtrudniejszych czasach zamienił się w gen samounicestwienia, gdy czasy zmieniły się na lepsze. I ta autodestrukcja, to powolne niszczenie siebie poprzez okaleczanie, nie przyjmowanie pomocy, ciągłe oszukiwanie przede wszystkim siebie, a w drugiej kolejności przyjaciół i bliskich, jest struną wokół której zbudowana jest cała historia. Na tle Juda cała reszta przyjaciół blednie i staje się tylko orbitami krążącymi wokół jego osoby. A ta przyjaźń i jest tak niezwykła, że aż mało prawdopodobna. Wszyscy się tam kochają, przepraszają w kółko, mają dla siebie czas mimo różnych dróg zawodowych, w niezwykle intymny sposób o sobie rozmawiają i mimo upływu czasu (30 lat) i czasem oddalenia, intensywność tych relacji niemal nie spada.

Ta przegadana nad wyraz książka co i rusz wydawała mi się, jakby zeszła dopiero co z linii produkcyjnej kursantów amerykańskich kursów pisarskich. Nagromadzenie traum i nieszczęść wyjętych z wycinków prasowych dotyczących połowy dużego miasta, pewna naiwność i płaskość w konstrukcji bohaterów np. Jud w pierwszej części życia jest taki, w drugiej jest inny, pozbawienie twarzy i charakteru bohaterów drugoplanowych, patrz ojciec adopcyjny Juda, jakaś niewiarygodność w kreowaniu całej historii (choć wiadomo, że najbardziej niewiarygodne historie pisze życie, to jednak na papierze musi to się trochę trzymać kupy, no i tu się trzyma trochę. A trochę nie.). Jedyne co niesie, to historia skrzywdzonego chłopca, która gra, oj gra na uczuciach. Choć im dalej w las, a raczej w tekst, to raczej są to (przynajmniej u mnie) uczucia irytacji i rozdrażnienia. Życie nie jest zero-jedynkowe, a ta powieść jest. Ktoś jest dobry, a ktoś zły, ktoś krzywdzi, a ktoś jest krzywdzony. Nie ma subtelności, niuansów, półcieni. Nikt się nie zmienia, nie dorasta, nie dojrzewa, nie zaczyna czegoś rozumieć. To trochę taki zapis z karetki, trochę wstrząsów na początku, potem długo, długo nic, by na końcu wszystko ucichło. Mam trochę takie skojarzenie z Greyem. Dużo szumu, mało treści. Choć Małe życie niewątpliwie czyta się trochę lepiej.

Małe życie / Hanya Yanagihara ; przeł. Jolanta Kozak ; czyta Leszek Filipowicz.- Warszawa : Biblioteka Akustyczna we współpr. z Grupą Wydawniczą Foksal, cop. 2017.

2 komentarze na “Boli

  1. Zgadzam się z recenzją Kasi. Jak zwykle pięknie napisana i czytana przeze mnie z ogromnym zaciekawieniem. Tym razem czytam recenzję już po przeczytaniu książki i stwierdzam, że książka trafiła do mnie i pochłonęła mnie pomimo wielkiego bólu. Moja koleżanka Asia powiedziała kiedyś, że ogląda filmy do końca, nawet słabe, bo ktoś chciał coś w nich przekazać i ona czeka na ten przekaz. Czytałam Małe życie z poczuciem, że powinnam poświęcić czas temu bohaterowi. Nie żałuję ani jednej strony i wiem, że będzie tylu zwolenników co przeciwników książki. Rozumiem odczucia autorki blogu lecz pomimo tego gorąco polecam.

  2. Dziękuję, liczyłam na kogoś, kto się zachwycił tą książką 🙂 Ona właśnie taka jest do kochania, albo wręcz przeciwnie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *