Czytasie

Australia my love

Jeśli chciałbyś kiedyś napisać list miłosny, a nie wiesz, jak się do niego zabrać, zajrzyj do książek Marka Tomalika. Tam kochanką jest Australia, a Tomalik na różne sposoby wyznaje jej miłość. W żadnej mierze nie są to listy ckliwego Romea. Raczej teksty, w których australijska rzeczywistość, przyroda, klimat i ludzie mimo swoich wad, kaprysów, wyniosłości, są niczym wspomnienia z najpiękniejszych, najbardziej intensywnych, najbardziej namiętnych chwil sam na sam z piękną kobietą.

„(…) W zakamarkach szukałem wilgoci, odkryłem błyszczących wilgocią pępków kilka, z zadomowionymi zielonościami w kolorze moich oczu (…)” W. Blake

Dwie książki, dwa różne teksty. Australia – gdzie kwiaty rodzą się z ognia jest zapisem wypraw, jakie Tomalik zorganizował i przeprowadził przez australijskie bezdroża, napotkanych ludzi, zwierząt, natury, lokalnego kolorytu. Lady Australia zaś jest niezwykłym zapisem ulotnych chwil, wspomnień, smaków, wrażeń z tego czerwonego kontynentu.

Australia – gdzie kwiaty rodzą się z ognia oprócz przygód na szlakach wypraw zorganizowanych przez autora po bezdrożach i szlakiem odkrywcy dzikich terenów – Pawła Edmunda Strzeleckiego, obfituje w lokalne ciekawostki, historie spotkań z ludźmi poznanymi po drodze, jak np. wizyta u potomków Strzeleckiego, którego imieniem nazwanych jest wiele dróg i miejsc w Australii. Tomalik pisze zarówno o farmerach, których farmy są wielkości powierzchni Belgii lub Albanii, poszukiwaczach opali, emerytach w wiecznej podróży, mentalności Aussie i no worries – niemal narodowego motta Australijczyków. Jest też rozdział o zwierzętach. Rozbawiła mnie informacja, że kangury boją się własnego tupania i że tylko czekają, aż skończy się pogrzeb, by zjeść kwiaty pozostawione na świeżym grobie. Także o zwierzętach jadalnych i jadanych. Szczęśliwie kangurze mięso, choć podobno bardzo chude i zdrowe, jest popularne jedynie wśród turystów, bo mieszkańcy mają opory przed zjadaniem własnego symbolu narodowego. Co innego jeśli chodzi np. o krokodyla. Ten smakuje wszystkim.

„Jeśli ty zadbasz o ziemię, ona zadba o ciebie”

Z niedosytem i smutkiem zostawił mnie Tomalik pisząc o Aborygenach. Ten tajemniczy naród, tak bardzo blisko żyjący kiedyś z naturą, pierwotny, ze skomplikowanym systemem wierzeń budzi we mnie rodzaj tęsknoty, która każe mi wierzyć, że takie zespolenie ze światem jest możliwe, a jednocześnie ich dramatyczna historia zetknięcia z cywilizacją białego człowieka, jest nieopisanie przejmująca i zwyczajnie wstydliwa. Wstydzę się, kajam i przepraszam za to, co biali im zrobili i do tej pory robią, bo nadanie praw wyborczych w 1984 roku nie zakończyło wynaradawiania rdzennych mieszkańców Australii. Programy pomocowe, mimo dobrych chęci Australijczyków, są tworzone bez zrozumienia dla świata, mentalności, systemu wierzeń Aborygenów. I dlatego niespecjalnie działają. Właściwie Tomalik nie napisał tego wprost, ale zasugerował, że Aborygeni i Australijczycy to dwa, zupełnie nieprzystające do siebie, niekompatybilne na żadnym poziomie społeczeństwa. Wycofani tubylcy, zepchnięci do sztucznie stworzonych oaz, z wyuczoną niezaradnością i roszczeniową postawą, nie są zainteresowani kontaktami z ludźmi spoza ich kręgu. Australijczycy mimo pełnej sympatii powierzchowności mają za sobą lata przemocy wobec autochtonów, ziemię pełną bogactw za darmo i niemal zupełny brak przemyślanej wizji współżycia z tymi trudnymi do zrozumienia ludźmi.

Zupełnie inna jest Lady Australia. Niezwykłym zabiegiem jest połączenie muzyki i tekstu. Autor do każdego z rozdziałów podsuwa czytelnikowi utwory, albumy, muzyków, którzy pasują do danego kawałka, nastroju, którzy wywołują, albo wzmacniają pożądane emocje. I sprawdza się to niesamowicie. Ten sam rozdział czytany w ciszy i czytany z pierwotną muzyką Arvo Pärta daje zupełnie iny efekt. Dźwięki pogłębiają spotkanie z australijską czerwoną ziemią i pustynią porośniętą suchymi trawami. Wzmacniają grozę pożarów dotykającą ogromne połacie kraju. Są lirycznym spotkaniem z człowiekiem, który czasem czuły, ciekawy, szukający kontaktu, a czasami nieprzystępny, mrukliwy. Ze smakami które można odnaleźć w buszu i na pustkowiu, czy miałaby to być eksplozja słodyczy dżakfruta, pouteria sapota, czy jedynie wielkie białe larwy wydłubywane spod kory drzewa. I przepływa przez książkę muzyka różnych kompozytorów i wykonawców. Tomalik sam wrażliwy na muzykę, w końcu sam jest menadżerem rockowych zespołów, pisze artykuły o muzyce, (oprócz całej masy innych umiejętności i zainteresowań), prowadzi czytelnika tak, by ten mógł poczuć Australię zmysłowo. Spotkamy tu zarówno Jacka Kaczmarskiego, zespół Ankh, Keitha Jarretta, jak i niewidomego Aborygena Geofreya Gurrumula Yunupingu i wielu innych. Każdy z nich jest na miejscu, każdy dopełnia słowa Tomalika i Williama Blake’a, angielskiego 18 wiecznego poety, którego wiersze pojawiają się wszędzie tam, gdzie tylko poezja jest w stanie wyrazić to, co nieuchwytne. Blake jest duchem tej książki. Tomalik ciałem, muzyka emocjami.

Australia: gdzie kwiaty rodzą się z ognia / Marek Tomalik Warszawa: National Geographic, 2015.

Lady Australia / Marek Tomalik. – Gliwice: Helion, cop. 2013.

Ps. Uważaj na to, kiedy australijska barmanka stawia ci piwo 😉

Książki kupisz TUTAJ, albo na festiwalu Równoleżnik Zero we Wrocławskiej Mediatece, gdzie możesz również spotkać autora 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *